AKTUALNOŚCI

Berlin Coffee Festival 2018

Berlin. Miasto z wielką historią w tle. Na szczęście okropieństwo wojny widać teraz już tylko w muzeach. Dzisiaj stolica Niemiec nie przypomina zdewastowanego i podzielonego miasta. Dziś to miasto jest tyglem – pod każdym względem. To była moja druga wizyta w stolicy naszego zachodniego sąsiada, więc typowe punkty na mapie turystycznej miałem już odhaczone. Przede wszystkim pojechałem do Berlina w poszukiwaniu dobrej kawy, ciekawych ludzi i wielu inspiracji. Na przełomie sierpnia i września odbywało się wielkie święto kawoszy z całego świata, czyli Berlin Coffee Festival.

Festiwal podzielono na kilka segmentów:
– cuppingi w kawiarniach, palarniach kawy;
– szkolenia;
– zawody baristyczne;
– prelekcje i tak zwane „coffee talks”.

Dzień 1

Niekiedy mam głowę w chmurach i oczywiście nie udało mi się zapisać na szkolenie z latte artu z naszą wielokrotną mistrzynią latte art oraz mistrzynią świata (SIC!) baristów Agnieszką Rojewską. Ale nic straconego, prawda Agnieszko? 😊 Podróż po kawowej mapie Berlina rozpocząłem od „wysokiego C”, a właściwie od wielkiego B odwiedzając kultową Bonanza Coffee Roastery. To kawiarnia-palarnia mieszcząca się w bramie przy Adalbertstraße 70 jest jednym z pionierów trzeciej fali kawowej w Berlinie i działa od 2006 roku. Sprawnie docieram na miejsce, zlokalizowane w starym budynku fabryki. W środku bardzo przestrzennie, dużo bieli, drewna i kwiatów, to co hipsterskie tygrysy lubią najbardziej. Duże wrażenie robi ekspozycja gadżetów – ekspres na froncie i wielki piec delikatnie schowany za szkłem. Delikatnie, a jednak tak by budził ciekawość i zachwyt, pokazywał serce tego miejsca. Przy barze zamawiam przelew Ngunguru AA z Kenii. Dostaję go w pięknym serwerze, który szczelnie przykrywa filiżanka z wygrawerowanym logo Bonanzy. Pachnie cudownie, smakuje jeszcze lepiej. Nie wiedziałem w jak dobrym momencie zaszedłem do Bonanzy – akurat trafiłem na mały cupping prowadzony przez Adriana. Dobrze trafiłem :).

Trzeba lecieć dalej, w końcu Berlin duży to i jest gdzie napić się dobrej kawy. Co prawda bardzo kusiło spróbować czegoś odmiennego – klasycznej, tureckiej herbaty – jednak byłem twardym zawodnikiem i poprzestałem na piciu kawy. No i przede wszystkim pamiętajcie: w podróżach kawowych butelka wody ważniejsza od kompasu albo google maps. A ten prowadził mnie na kolejny przystanek na mojej mapie Berlin Coffee Festival – spacer po kultowej dzielnicy Kreuzberg śladami dobrych kawiarni. Kreuzberg to dzielnica artystów oraz hipsterów, których łatwo można pomylić z bezdomnymi. Miejsce gwarne, brudne, zaśmiecone, a jednocześnie enklawa spokoju, radości i swobody. Totalne przeciwieństwa są spoiwem tej dzielnicy – kusi turecka herbatka, a jednak wybierasz Kreuzberg Espresso Tour. Pilotem wycieczki była Melanie Böhme, baristka, pisarka oraz popularyzatorka kawy oraz Berlina. Wspaniała, przyjazna osoba zarażająca swoim optymizmem i pasją do kawy. Na jej ręku widziałem chyba piękniejszy z kawowych tatuaży, czyli gałęzie kawowca wychodzące z chemexa.

Miejscem startowym była kawiarnia % Arabica położona przy Reichenberger Str. 36. Znak procent nie wziął się tu przypadkiem. Twórca tej przestrzeni patrząc na kilka znaków oznaczających procent ułożonych pod różnym kątem zobaczył wisienki kawowe rosnące na drzewie. Tak też narodził się koncept % Arabica. Dziś kawiarnia ta jest swoistą sieciówką wśród segmentu specialty i swoje coffee shopy ma także na bliskim i dalekim wschodzie (z Kyoto pochodzi twórca tego projektu). Międzynarodowo się zrobiło, a i ja znalazłem się w kosmopolitycznym towarzystwie: kilku Niemców, Kolumbijczyk, Marokańczyk, Amerykanin i Salwadorczyk. Jedni wybrali się na ten spacer, bo lubią kawę lub prowadzą blogi kawowe. Inni, są baristami, ich rodziny mają plantacje bądź wybrali się w poszukiwanie inspiracji.

Poo świecie % Arabica oprowadzał nas Tom – head barista pochodzący z Hong Kongu. Pierwsza faza to prezentacja gabloty z ziarnami, które można spróbować w kawiarni. Ciemno palona mieszanka w stylu japońskim, która stale obecna jest w kawiarniach na całym świecie i ściśle wiąże się z zamysłem tego konceptu, a także coś ciekawszego czyli single z Nikaragui i Panamy. Do spróbowania dostaliśmy szoty z Dominikany i wcześniej wspomnianą mieszankę na wzór japoński. Mieszkanka ciemno palona większego szału nie zrobiła. Sam nie piję kaw mlecznych, jednak jak nie spróbować cappuccino. To było jak najbardziej ok. Co innego przy cappuccino z Dominikany, które było bardzo słodkie i lekko kwaskowate, a w afterze pozostawiało truskawki. Tak – właśnie truskawki! Najlepsza mleczna kawa jaką miałem do tej pory okazję spróbować. Espresso z tego ziarno również boskie, zarówno smak i posmak najwyższych lotów. A w tle nawoływania Melanie żebyśmy pili jak najwięcej wody, bo dużo kawy przed nami.

Drugą stacją w naszej podróży było Nano Kaffee. Ta mała, lecz niezwykle ciepła kawiarnia mieści się w ścisłym sercu Kreuzbergu przy Dresdener Str. 14. Tu można się napić kawy, a także zakupić paczki. Akurat trafiliśmy na porę wysyłek kawy, którą tam wypalają. A mają ją całkiem niezłą! O kawie i samym miejscu Nano opowiadała Julia, fajna babka z charakterem i zacięciem. Pasja z jaką opowiadała o tym, co tam robią obdzielić można kilka osób. Do spróbowania dwa rodzaje ziaren, bardziej klasyczna Brazylia i niezwykle ciekawe, owocowe Peru. Jestem raczej po stronie tych, którzy Brazylię wolą w filiżance kawy niż na boisku piłkarskim i w tym pojedynku zdecydowane 1:0 dla Peru. Ta paczka kawy przyjechała ze mną także do Wrocławia. Oprócz picia kawy (i oczywiście wody!!!) dużo rozmów, wymian doświadczeń i podziwiania wszystkiego o czym mówiła Julia. Na uwagę zasługuje pięknie wykonana porcelana z logo Nano Kaffee.

Trochę się zagadaliśmy, czas nie grał już większej roli, lecz niestety musieliśmy iść dalej. Trzecim, ostatnim niestety przystankiem była Oranienstraße 24 . Na zewnątrz przypominał pasaż Pokoyhof, w środku mieścił się Voo Store, mekka hipsterów Berlina. Po wejściu tam od razu w głowie miałem refren piosenki z „Killera” – „Co Ty tutaj robisz, uuu, co Ty tutaj robisz??”. Dość surowe wnętrze, na półkach pełno designerskich butów, na wieszakach drogie ubrania, tylko gdzie ta kawa. Na szczęście moje zdumienie szybko zostało zduszone w zarodku, wystarczyło spojrzeć się w lewo i wyłaniał się cafe showroom – Companion Coffee. Miejsce, które żyje zarówno kawą, jak i herbatą. Jednak nie zapominajmy – to tour espresso i to właśnie o kawie opowiadał nam barista Chris. Znana postać w Berlinie, bardzo wesoły, wiecznie uśmiechnięty gość. Zaproponował nam dwie kawy: oczywiście espresso oraz cappuccino z ziarna etiopskiego, a konkretnie Aricha z węgierskiej palarni Casino Mocca. Jako antyfan kaw mlecznych podszedłem do cappuccino z dystansem, jednak podobnie jak w wypadku mleczaka z %Arabica było zdumiewająco dobre. Ale i tak nijak ma się do espresso, które było idealnie zbalansowane i pozostawiało cudowną słodycz w posmaku, polecam!

Tak minęło nam cztery godziny, a warto pamiętać, że wszystko miało trwać trzy! Towarzystwo kawowe bardzo zagadane, wymieniające poglądy, doświadczenia. Uwierzcie mi, w takiej sytuacji mało kto patrzy na zegarek.


Dzień drugi

Drugi dzień Berlin Coffee Festival wypadł w sobotę. Moim największym szczęściem tego dnia była osoba, u której nocowałem. Ada, bo tak ma na imię ta Pani, jest baristką z Polski na stałe rezydującą w Berlinie. Nasze losy splotły się szczęśliwie we Wrocławiu. W mieście stu mostów Ada pracowała w Cafe Targowa oraz w Gnieździe. Pewnie wielu z Was kojarzy tego małego człowieka serwującego pysznego dripa. Szczęście bycia znajomym Ady to nie tylko fakt znalezienia darmowego noclegu w centrum Berlina, to także okazja do spróbowania kaw w miejscu w którym pracuje, czyli w Refinery Specialty Coffee Store przy Skalitzer Str. 104. Kolejne designerskie miejsce (czy są inne kawowe w Berlinie??), gdzie oprócz kawy można kupić super rower za 1200 euro lub kask do roweru z funkcją powiadomienia odpowiednich służb w razie wypadku. Brzmi ciekawie, prawda? A jeszcze lepiej jest z kawą, bo na młynie brazylijskie Sao Silvestre z irlandzkiej palarni Bailies. Espresso mocno orzechowe z lekkim cytusem w posmaku, dość typowe, bardzo smaczne. Czas na przelewy, tu wybór zdecydowanie większy. Pierwsza zauroczyła mnie swoim przepięknym, gradientowym opakowaniem. Okazało się, że po raz kolejny próbuję kaw z palarni Bailies, tym razem w kubku etiopskie Shegole. Naprawdę solidne ziarno, czuć w nim nuty jaśminu, jest trochę słodyczy. Jednak to zaledwie przedsmak dania głównego, a jest nim kawa z angielskiej palarni Origin – Casajera prosto z Hondurasu. Wiecie jak to jest z miłością od pierwszego wejrzenia, tak też jest z miłością od pierwszego powąchania, siorbnięcia, skosztowania. Oszalałem, moje kubki smakowe jeszcze bardziej. Mógłbym pić tę kawę codziennie, o każdej porze, zamiast wody. Czegoś takiego jeszcze nie piłem! Niektórzy bariści trochę z pogardą podchodzą do obróbki natural, drodzy Państwo proszę się nie bać – tu miałem tego dowód. Zamykasz oczy i czujesz się jak na rajskiej plaży z owocami tropikalnymi gotowymi do zjedzenia, tak właśnie jest z tą kawą. Na tę chwilę mógłbym spakować walizki i uznać konkurs na najlepszą kawę za zakończony.

Jednak dzień długi, a przede mną Mistrzostwa Niemiec w Aeropressie.

Aeropress. Fajna zabawka, przyjaciel baristów (lub home baristów) w czasie podróży i nie tylko. Raczej niezbyt przydatny dla rodziny wielodzietnych z racji stosunkowo małej porcji (240ml), dla singla idealny. Kawa trochę nie przypominająca kawy, a jednak mająca multum fanów na całym świecie. Ja też jestem fanem aeropressu, toteż wybrałem się na zawody. W tym roku gospodarzem była palarnia Five Elephant mieszcząca się w bramie przy Glogauerstrasse 5. Do końca nie wiedziałem czego się spodziewać, jednak już po wejściu na teren palarni zobaczyłem tłum biwakujących osób oraz hit – grill zrobiony z ekspresu ciśnieniowego La Marzocco! Można zaczynać zabawę. Mistrzostwa były podzielone na dwa etapy: eliminacje oraz część główna, czyli półfinały i finały. Niezwykle luźna atmosfera, brak presji, nie czuć w powietrzu jakiejkolwiek rywalizacji. Sędziowie podobnie podchodzą do swoich obowiązków i nie patrzą na każdą drobinkę zmielonej kawy, która jest na stole, a tak się dzieje na innych zawodach dla baristów. A sędziowie znakomici, w dodatku 3/5 z nich to polacy! Wśród nich nasza mistrzyni świata, Agnieszka Rojewska. Bo drodzy Państwo w aeropressie mamy wielkie tradycje, trójka mistrzów świata to właśnie nasi rodacy. Jeden z naszych też startował w sobotę, jednak odpadł w eliminacjach. Trochę pogadałem, popatrzyłem i czas na przerwę.

A ta zaprowadziła mnie na turecki targ przy Maybachufer Strasse, który zachwyca, ale nie powala. Turecki, a jednocześnie jak cały Berlin mocno kosmopolityczny, zjeść tam można polskiego obwarzanka i włoskie pierożki panzerotti! Na szczęście mój konsumpcjonizm idzie raczej w stronę kawową toteż na końcu Maybachufer a konkretnie przy numerze 20. mieści się Populus Coffee. Piękna kawiarnia z radosnymi baristkami za barem, które w sposób całkowicie niewymuszony ciekawie opowiadają o każdej kawie mimo dużego ruchu. Moją uwagę zwraca także idealna synchronizacja każdej z trzech baristek. Wszystkie wiedzą co mają robić, nie ma miejsca na pomyłki, praca bliska perfekcji. Zamówiłem espresso, na młynie Gwatemala, w smaku dość charakterna, posmak przyjemnie cytrusowy.

Po obiedzie czas na deser, czyli finały Mistrzostw Aeropressu. W palarni Five Elephant czuć nadal luz, prowadzący zawody jako jedyna osoba ubrana w oficjalny strój dwoi się i troi zabawiając publikę. Ta rozsiana po palarni, a także grillująca na zewnątrz. Półfinały za nami, finał trwa i mamy nowego mistrza Niemiec Aeropress: Joel Kiesey będzie reprezentantem naszego zachodniego sąsiada podczas światowych mistrzostw w Sydney, gratulacje! Czas na część mniej oficjalną, było wesoło.


Dzień trzeci

Niedziela była moim ostatnim dniem pobytu w stolicy Niemiec. Cała uwaga była skupiona na Markethalle Neun gdzie odbywały się prelekcje i można było zwiedzić część wystawienniczą. W południe uczestniczyłem w prelekcji na temat kaw z Kongo. Na wejściu każdy z uczestników mógł zakupić ekologiczny kubek zrobiony z fusów po kawie i w nim próbować kaw. Do wyboru, do koloru. Po kilku godzinach myślałem, że odlecę od nadmiaru kofeiny.

Berlin zaskakuje przebojowością, gwarem, ilością dobrej kawy. Możemy się dużo nauczyć od tego miasta, zebrać potrzebne w tej branży know how. Mnie najbardziej zaskoczył fakt ilości kawiarni i przede wszystkim tego o której zamykają się te miejsca. Godzina 18:00 jest idealnym czasem na zamknięcie kawiarni i pójścia do parku. Następna edycja jest już raczej pewną tradycją więc wrócimy ponownie za rok by uczestniczyć w Berlińskim Festiwalu Kawy i wynieść z niego – jak zwykle – dużo nowego.